piątek, 11 listopada 2016

II#7

Często zdarzało mi się również myśleć Tomku. Po tym wszystkim przez co razem przeszliśmy, zajmował bardzo ważną cześć w moim sercu. Po tym jak chłopaki się pogodzili, nasze stosunki uległy lekkiej poprawie. Ku cichej akceptacji Wojtka mogliśmy nawet swobodnie rozmawiać. Tomek bardzo się pilnował, aby mu nie podpaść, dlatego wyczuwałam pewną sztywność w jego relacjach ze mną. Sytuacja ulegała diametralnej zmianie, kiedy Wojtka nie było w pobliżu. Wtedy wracał mój Tomson, zabawny i zawsze pomocny. Po ślubie Wojtek jakby odetchnął z ulgą. Nie chciał się do tego przyznać, ale jego zazdrość o Tomka dopiero wtedy lekko przygasła. A gdy okazało się, że jestem w ciąży to poczuł się jeszcze pewniej. Miałam mu trochę za złe, że nie ufa mi do końca, ale pakując się w ten związek ponownie miałam świadomość, że tak to może wyglądać. W końcu jednak przezwyciężył swój największy lęk. A stało się to kiedy byłam w piątym miesiącu ciąży. Miałam zaplanowane od dawna trójwymiarowe USG. Wojtek cieszył się jak dziecko na myśl, że będzie mógł zobaczyć swojego potomka. Niestety jednak plany się skomplikowały, gdy okazało się, że w ten dzień ma nagrania do kolejnej edycji Masta. Oczywiście nijak nie był w stanie tego przełożyć. Był zły, że tak się to wszystko poukładało i przeklinał sam siebie, że dał się namówić na kolejną edycję. Z kolei ja uparłam się na ten termin, gdyż mój lekarz wybierał się na urlop. Za dwa tygodnie byłoby już za późno aby obejrzeć w ten sposób dziecko. Takie badanie przeprowadza się w określonym terminie, gdy płód osiągnie odpowiednią wielkość. Późniejszy termin nie wchodził więc w grę.

– Kochanie, dostanę płytę z nagraniem, wszystko obejrzysz, tylko trochę później – pocieszałam go.

– Powinienem być tam z tobą! – marudził.

– To naprawdę nic takiego, pojadę sama i tyle.

– W życiu cię samej nie puszczę samochodem! Nie wolno ci prowadzić! – zdenerwował się.

– Pojadę taksówką – powiedziałam i przewróciłam oczami. Jeśli chodziło o mnie i ciąże Wojtek dosłownie sfiksował na punkcie bezpieczeństwa. Pilnował abym się za bardzo nie przemęczała, wydzielał mi witaminy, masował opuchnięte stopy, spełniał wszystkie moje zachcianki. Gdyby mógł to najpewniej kazałby mi leżeć cały dzień w łóżku.

– Chyba żartujesz! Załatwię ci transport!

Nie chciałam się z nim kłócić, choć osobiście uważałam, że przesadza, ale dla jego świętego spokoju wolałam przemilczeć sprawę. W dzień badania do drzwi zapukał nie kto inny jak Tomek.

– Co tutaj robisz? – spytałam zdziwiona, gdy zobaczyłam go na progu.

– No jak to co, Brzuchatku mam cię dzisiaj zawieść na jakieś badanie – odpowiedział uśmiechając się od ucha do ucha.

– Serio, wybrał ciebie? – Dosłownie mnie zamurowało.

– Też się zdziwiłem, ale chyba nie mamy co narzekać. Znaczy to chyba, że w końcu zaczyna nam ufać, Brzuchatku – powiedział i rozczochrał mi włosy na czubku głowy nim zdążyłam uskoczyć.

– Nie nazywaj mnie tak – poprosiłam. Odkąd dowiedział się o ciąży, bez przerwy używał tego nowego przezwiska. Nie podobało mi się!

– Jak Brzuchatku? – spytał niewinnie.

W odpowiedzi tylko prychnęłam i pokręciłam głową z niedowierzaniem. W głowie mi się nie mieściło, że to był pomysł Wojtka abym pojechała na to badanie właśnie z Tomkiem.

Gdy przebiliśmy się przez korki na drodze i w końcu dojechaliśmy do kliniki, byłam jednak wdzięczna za taką decyzję. Tomek był świetnym towarzyszem. Już prawie zapomniałam jak dobrze czułam się w jego towarzystwie. W oczekiwaniu na wizytę bez przerwy szeptał mi do ucha jakieś żarty, mimo że poczekalnia była pełna my chichotaliśmy, jak para nastolatków. Gdy w końcu usłyszałam swoje nazwisko, Tomek wstał razem ze mną i lekko popychając moje plecy ruszył do gabinetu.

– Co robisz? – syknęłam na niego cicho.

– Mam cię nie opuszczać ani na krok! Taki dostałem rozkaz! – odpowiedział uśmiechając się rozbrajająco.

– Mowy nie ma! Wchodzę tam sama! Nie będziesz się gapił na mój wielki brzuch! – oburzyłam się.

– Kochanie nie rób scen! – powiedział głośniej, uśmiechając się jednocześnie do kobiet w poczekalni które zdążyły się zainteresować naszą krótką wymianą zdań.

Zmroziłam go wzrokiem i skapitulowałam.

– Wojtek cię zabije! – ostrzegłam go.

– Będę gotowy! – wyszeptał mi do ucha i popchnął w kierunku drzwi gabinetu.

Weszliśmy do środka pomieszczenia. Za biurkiem siedział lekarz i przeglądał jakieś papiery. W końcu podniósł wzrok i uśmiechnął się.

– Witam pani Łozowska! Jak się pani czuje?

– Doskonale, wszystko w jak najlepszym porządku – odpowiedziałam.

– Dobrze, proszę się położyć na kozetce, a szanownego małżonka proszę aby stanął obok jeśli chce obejrzeć potomka.

– To nie jest… – zaczęłam.

– Oczywiście już nie mogę się doczekać – przerwał mi Tomek.

Mało się nie zakrztusiłam, gdy to usłyszałam. Co on wyrabiał? Natychmiast poczułam jak czerwienię się z wściekłości. Rzuciłam mu ostrzegawcze spojrzenie, ale sprawiał wrażenie, że kompletnie go to nie obeszło. Bawił się wyśmienicie przez całą wizytę. Oglądał z zainteresowaniem obraz z wnętrza mojej macicy i wydawał się zachwycony widokiem. Lekarz cierpliwie nam tłumaczył i pokazywał na ekranie poszczególne części ciała płodu. Byłam tak wzruszona widokiem, że bezwiednie złapałam Tomka za rękę zapominając na chwilę, że w ogóle nie powinno go tu być. Na koniec wizyty lekarz przekazał mi płytę z nagraniem i uścisnąwszy dłoń Tomsona rzucił:

– Proszę dbać o żonę!

– Ależ oczywiście będę – odpowiedział mu.

Wyszliśmy z gabinetu a Tomek nie wychodząc ze swojej roli, obejmując mnie czule za plecy wyprowadził z budynku. Dopiero gdy znaleźliśmy się na parkingu fuknęłam na niego:

– Co to miało znaczyć?

– Co, Brzuchatku? – odpowiedział niewzruszony.

– Już ty dobrze wiesz co! Wojtek daje nam kredyt zaufania, a ty zachowujesz się w ten sposób.

– Wojtek nie musi o tym wiedzieć! Z resztą przecież nic się takiego nie stało. Potrzebowałaś tam kogoś i dobrze o tym wiesz. Kogo trzymałabyś za rękę? – spytał zaczepnie.

– To nie fair! Nie odwracaj kota ogonem! – zdenerwowałam się.

– Jak masz ochotę to mu powiedz. – Wzruszył ramionami.

– Nie chcę go denerwować! – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

– To mu nie mów! – Tomek przewrócił oczami.

– Powinnam! – upierałam się.

Biłam się z myślami. Dotychczas sądziłam, że ja i Tomek to przeszłość, że gdyby tylko okoliczności pozwoliły moglibyśmy się dalej przyjaźnić, ale łudziłam się. To coś nadal wisiało między nami. Nie powinnam pozwolić Tomkowi na taką swobodę z kontaktach ze mną. Nie powinnam, ale nie potrafiłam stanowczo się temu sprzeciwić. Jedynym rozwiązaniem było unikanie kontaktów. Tomek przerwał moje rozmyślania, łapiąc mnie za brodę. Nakierował moje oczy w swoją stronę i westchnął głęboko.

– Przepraszam! Nie powinienem był. Nie wiem dlaczego tak się zachowałem. Po prostu…., jest mi ciężko czasem patrzeć na ciebie i mieć świadomość, że jesteś z nim. Nic nie potrafię na to poradzić, to jest silniejsze ode mnie. Pogodziłem się z tym, wiem, że kochasz tylko jego, ale… w tych momentach kiedy jesteś tylko ze mną, zapominam się… wyobrażam sobie rzeczy których nie powinienem. Wiem, że to niestosowne z mojej strony, jestem po prostu głupi i kompletnie tracę rozum przy tobie. Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy.

– Oczywiście, że to się więcej nie powtórzy – powiedziałam łamiących się głosem. – Nie powtórzy się, ponieważ ty i ja nigdy więcej nie spędzimy czasu sam na sam.

Łamanie komuś serca, chyba nigdy nie wyszło mi tak swobodnie. Należało to ukrócić, skoro Tomek nadal coś do mnie czuł. Poczułam się jakbym cofnęła się w czasie do tego momentu kiedy uświadomił mi, że powinnam wrócić do Wojtka. Oto znów staliśmy razem i usłyszałam z jego ust słowa których nie powinien wypowiadać. Czasami zastanawiałam się, nad tym co by było gdyby Tomek zachował się wtedy inaczej, gdyby spróbował o mnie zawalczyć. Bałam się odpowiedzi na to pytanie.

Moje postanowienie aby nie spotykać się z Tomkiem, było aktualne przez cztery miesiące. Przez ten czas tak udało mi się manewrować, że nie spędziliśmy sam na sam ani jednej sekundy. Sytuacja jednak uległa zmianie, kiedy niespodziewanie tydzień przed terminem zaczęłam rodzic. Pech chciał, że Wojtek przepadł jak kamień w wodę i nie miałam z nim kontaktu. Wiedziałam, że miał jechać do mechanika, bo miał jakieś problemy z samochodem, ale nie miałam pojęcia do którego. Niestety jego telefon był poza zasięgiem sieci. Obdzwoniłam wszystkich, nikt oczywiście nie wiedział gdzie przebywa mój mąż. Zastanawiałam się kilka minut gapiąc się w telefon czy powinnam zadzwonić do Tomka. W końcu jednak narastające skórcze zmusiły mnie do wykręcenia jego numeru.

– Julia? – spytał zdziwiony.

– Czy wiesz do którego mechanika Wojtek jeździ z samochodem? – zapytałam bez ceregieli.

– Gdzieś pod Warszawą. Co się stało? – spytał zaniepokojony.

– Kurwa – wysapałam, próbując opanować kolejny skórcz.

– Julia co się dzieje? – panikował.

– Och, nic takiego. Rodzę a ten kretyn nie odbiera telefonu i nie wiem gdzie jest – wysapałam w końcu, skarżąc się.

– Ja pierdole! Będę za piętnaście minut – powiedział.

Przyjechał po trzynastu! W oczach miał czysty obłęd i tak się spieszył, że zapomniał nawet czapki. Złapał moją torbę i wyprowadził mnie z domu. Dopiero w samochodzie odzyskał trochę swojego wigoru.

– Wiesz co ludzie mówią na filmach w takim momencie? – spytał figlarnie.

– Nie wiem – burknęłam.

– Kochanie, będziemy mieli dziecko – wypalił i wyszczerzył się zadowolony.

– To nie jest film! Ani twoje dziecko – powiedziałam gasząc go.

– Ale sytuacja odpowiednia, co nie? – paplał dalej niezrażony.

– Jesteś niemożliwy!

W tym momencie odezwała się moja komórka, jak i również moja macica kurcząc się niemiłosiernie w kolejnym skórczu. Tomek przejął mój telefon, bo ja nie byłam chwilowo wstanie rozmawiać.

– Stary gdzie ty jesteś?... Nie, Julia nie może teraz rozmawiać, ma właśnie skórcz… Tak, twierdzi, że rodzi… Skąd mam wiedzieć, co ile ma skórcze? – wypalił Tomek, po czym odłożył telefon od ucha i popatrzył na mnie wymownie.

– Co pięć minut – wysapałam.

– Co pięć minut – powtórzył Tomek. – Tak, zawożę ją do szpitala… Ok, to na razie tatuśku.

Rozłączył się i podał mi telefon.

– Już wraca! Powiedział, że będzie za godzinę. Wytrzymasz? – spytał.

Zmroziłam go wzrokiem. Przewrócił oczami i powiedział:

– Nie było pytania.

Do szpitala dojechaliśmy w dziesięć minut. Tomek pędził jak szalony. W Izbie przyjęć panował tłok. Pielęgniarka gdy tylko mnie zobaczyła, załamała ręce.

– Kumulacja! Będzie pani dzisiaj już dziesiąta do porodu – biadoliła. – Szanowny tatuś niech ubierze to – powiedziała i rzuciła fartuchem w zaskoczonego Tomka.

– Ale ja… – jąkał się.

Nie zdążył dokończyć, bo pielęgniarka wyszła zostawiając nas samych. Kolejny skórcz prawie zbił mnie z nóg. Tomek podtrzymując mnie pod ramiona doprowadził mnie do krzesła. Cały czas trzymałam go za rękę, mocno ją ściskając. Widziałam w jego oczach panikę i bezradność, gdy próbował mi ulżyć głaszcząc po brzuchu. Po trzech kolejnych skórczach w końcu pojawił się lekarz i zrobił mi USG. Tomek nie puszczał mojej ręki ani na chwilę. Tym razem byłam mu wdzięczna, że jest obok. Nie wiem jak dałabym radę sama.

W końcu gdy znalazłam się już na sali porodowej, do środka wparował Wojtek. Zdyszany z rozwianymi włosami i niepokojem w oczach dopadł mojego łóżka.

– Gdzieś ty był do cholery! – wydarłam się pomiędzy skórczami, gotowa wykrzyczeć mu, że to przez niego właśnie tak cierpię a on nawet nie odbiera telefonu.

– Przepraszam, kochanie! – powiedział obsypując moją twarz pocałunkami.

Tomek stał nadal po drugiej stronie łóżka. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że ściskałam go nadal za rękę.

– Musi się pani zdecydować, bo tylko jednego tatusia może pani tutaj zatrzymać – powiedział nagle lekarz, który z rozbawieniem wpatrywał się w naszą trójkę.

Wypuściłam rękę Tomsona i uśmiechnęłam się do niego lekko.

– Dziękuję za wszystko – wyszeptałam.

Nachylił się i pocałował mnie w czoło życząc mi powodzenia. Gdy już wyszedł spojrzałam na Wojtka. Spodziewałam się jakiejś wrogości z jego strony, po tym co właśnie usłyszał i zobaczył, ale na szczęście w jego oczach zauważyłam tylko miłość i troskę.


Godzinę później tuliliśmy w ramionach naszą maleńką córeczkę, szepcząc sobie nawzajem słowa bezgranicznej miłości.

****************************************************

Kochani motywacja mi spada... tak jak i ilość komentarzy...
Mam nadzieję, że team Tomsona zadowolony?

piątek, 4 listopada 2016

II#6

Po tym wydarzeniu nie widziałam Jacka przez kilka miesięcy. Oprócz wizyt któregoś z jego goryli dostarczających mi jedzenie nie miałam z nikim innym kontaktu. Zaczęłam popadać w obłęd i depresje. Leżałam całymi godzinami bez celu i gapiłam się w sufit. Jedyne co trzymało mnie jeszcze przed popadnięciem w całkowitą apatię były wspomnienia. Moim jedynym zajęciem były podróże w głąb pamięci. Ze łzami w oczach przypominałam sobie każdą chwilę. Jedną z moich ulubionych była ta w której Wojtek oświadczył mi, że jest gotowy na dziecko. Stało się to tuż po naszych zaręczynach.

Pewnego dnia wziął moje opakowanie tabletek antykoncepcyjnych i zadowolony z siebie wyrzucił je do kosza na moich oczach.

– Co robisz? – spytałam zdziwiona.

– To już ci nie będzie potrzebne – odpowiedział, uśmiechając się szelmowsko.

– Nie wygłupiaj się! – odpowiedziałam i zrobiłam ruch w stronę kosza, zamierzając odzyskać opakowanie. Zagrodził mi jednak drogę swoim ciałem.

– Jak tam sobie chcesz! – prychnęłam. – Masz szlaban na seks, dopóki nie kupię nowego opakowania – powiedziałam pokazując mu język. Odwróciłam się i zamierzałam wyjść, gdy poczułam jak łapie mnie w pasie  i okręca. Siłą rozpędu zderzyłam się z jego klatką piersiową. Natychmiast unieruchomił mnie w uścisku.

– Nie wydaje mi się! – powiedział wbijając we mnie to swoje seksowe spojrzenie, po którym zawsze miękły mi nogi.

– Co? – spytałam zdezorientowana. Mącił mi myśli patrząc na mnie w ten sposób. Już nie byłam pewna o czym właściwie rozmawialiśmy.

– Nie wydaje mi się, abyś mogła mi się oprzeć! – powiedział pewny swego i  przejechał kciukiem po moich wargach. Tętno skoczyło mi do maksimum i przełknęłam głośno ślinę. Moje ciało jak zawsze zareagowało optymizmem na taki bieg wydarzeń. Poczułam jak w brzuchu zaczął się piętrzyć żar i zdałam sobie sprawę, że jestem na przegranej pozycji. Miał cholerną rację!

– Co ty zamierzasz? – spytałam, znajdując w sobie odrobinę zdrowego rozsądku i złapałam się jej, bo czułam, że za chwilę przekroczę granicę i rozpłynę się pod wpływem jego spojrzenia i dotyku.

– Zamierzam, kochanie zrobić ci dziecko – powiedział, przygryzając lekko płatek mojego ucha, doprowadzając mnie tym do mimowolnego drżenia. Jego słowa docierały do mnie z lekkim opóźnieniem. Prawie się zapowietrzyłam gdy mój mózg w końcu przyswoił zasłyszane słowa.

– Co proszę? – wyszeptałam, starając się wyszarpać z jego uścisku. Wojtek jednak nie dawał za wygraną. Zwiększył siłę w ramionach przyciskając mnie mocniej do siebie. Jednocześnie jego ciepły język kontynuował podróż po mojej szyi, zmniejszając tym samym moją szansę na powstrzymanie ogarniającego pożądania, które rozlewało się w moim ciele.

– Pamiętasz, jak kiedyś opowiadałaś mi o tym śnie, że urodziłaś mi synka? Chcę właśnie tego! Jestem gotowy by zostać ojcem i to właśnie ty mnie nim uczynisz! – powiedział władczo, dysząc lekko w moje ucho.

Zaskoczenie mieszało się z euforią w mojej głowie. Pokochałam go w tym momencie jeszcze bardziej, choć nie sądziłam, że jest to możliwe.

– Kochanie uczynię to z radością, ale dlaczego tak szybko? Zajmijmy się najpierw ślubem. Nie chcę iść do ołtarza z brzuchem – poskarżyłam się pomiędzy jednym a drugim pocałunkiem.

– Nie będziesz musiała. Nic jeszcze nie będzie widać – odpowiedział dysząc mi prosto w usta.

– Ale jak to? – spytałam zdziwiona, łapiąc się w głowie dziwnemu przeczuciu.

Wojtek nagle złapał moją twarz w obie swoje dłonie i popatrzył mi głęboko w oczy.

– Nic jeszcze nie będzie widać, ponieważ ślub odbędzie się za dwa miesiące. Termin i sala już zaklepane!

– Powiedz, że żartujesz! – Przeraziłam się. – To za szybko! Przecież z niczym nie zdążymy! A zaproszenia? A wystrój? Kto będzie grał? Przecież nie mam jeszcze wybranej sukni – panikowałam. Wojtek jednak zamknął mi usta pocałunkiem, przerywając potok myśli w mojej głowie.

– Niczym się nie przejmuj. We wszystkim ci pomogę – powiedział, gdy w końcu nasze wargi zakończyły swój taniec, odrywając się od siebie. Delikatnymi ruchami masował moje plecy. Drżałam na całym ciele. – Jesteś tylko moja! Chcę to oznajmić całemu światu jak najszybciej. Nie mogę znieść myśli, że miałoby cię znów zabraknąć w moim życiu. Jestem najszczęśliwszy gdy mam cię tuż obok siebie i chcę aby tak było już zawsze. Wiem, że może ci się to wydać niedorzeczne, ale chcę w ten sposób oszukać los, który niewiadomo co jeszcze dla nas przygotował. Będę spokojniejszy, jeśli będziesz już moją żoną. Więc proszę zrób to dla mnie.

– A niech cię, Łozowski!

Tym razem to ja zamknęłam mu usta pocałunkiem, rzucając się na niego z jękiem. Wyraz jego oczu uspokoił mnie i przekonał do tego szalonego pomysłu. W tamtej chwili pragnęłam dać mu wszystko to, o co poprosił. Cały mój świat skupiał się w jego osobie, więc jak mogłabym odmówić?

Miesiąc miodowy spędziliśmy w Chorwacji. Słońce, plaża, wyprawy skuterami wodnymi. Nigdy nie byłam szczęśliwsza i bardziej zrelaksowana. Tak się w tym zatraciłam, że kompletnie straciłam poczucie czasu. Pewnego poranka obudziłam się w naszym pokoju hotelowym. Wojtek pochrapywał cicho oplatając mnie swoją nogą i ręką. Zawsze tak zasypiał, jakby bał się, że w nocy gdzieś ucieknę. Jak zwykle ten widok mnie rozczulił. Po prostu leżałam i chłonęłam atmosferę, starałam się zapamiętać każdy detal, szczegół, nawet zapach, tak aby w przyszłości móc wszystko wspominać. Tak jakby moja podświadomość przeczuwała coś złego każąc nauczyć mi się wszystkiego na pamięć. Gdybym wtedy wiedziała, że te chwile będą mnie ratować przed upadkiem mojej świadomości skoncentrowałabym się bardziej. Starałam się w myślach odtwarzać tę scenę jak najczęściej, by nie wyblakła, by nadal żyła. Tylko te wspomnienia trzymały mnie jeszcze w ryzach. Dzięki nim mogłam myślami wybrać się tam z powrotem, nie zważając na okoliczności w których się znalazłam.

Błądziłam wzrokiem po ścianach pokoju, aż w końcu skoncentrowałam się na kalendarzu. Jakaś szczególnie uparta myśl próbowała się przebić przez moją świadomość błądzącą gdzieś w obłokach. Zastanawiałam się po co komu kalendarz w pokoju hotelowym? Przecież człowiek powinien na wakacjach odpocząć od terminów. Zaraz, zaraz… termin! W końcu dotarło do mnie czym była owa swędząca myśl, która czaiła się gdzieś w mojej podświadomości.

– O cholera! – krzyknęłam, gwałtownie siadając na łóżku.

– Co jest? Co się dzieje? – wymamrotał rozespany Wojtek.

– Termin! Miałam termin trzy dni temu! – rzuciłam i biegiem popędziłam do wieszaka, na którym wisiała moja torebka. Ręce tak mi się trzęsły, że nie potrafiłam znaleźć kalendarzyka, a musiałam się upewnić, że się nie mylę.

Skonsternowany Wojtek zszedł z łóżka i nieco zaniepokojony podszedł do mnie i zapytał:

– Kochanie co się dzieje?

Uniosłam palec, nakazując mu aby nic nie mówił i wpatrywałam się w cyfry, licząc wszystko po raz trzeci.

– Spóźnia mi się! – wyszeptałam w końcu podnosząc na niego swój wzrok.

– Co się spóźnia? – spytał nic nie rozumiejąc.

Przewróciłam oczami i powiedziałam:

– Okres mi się spóźnia!

Patrzyłam na jego reakcje i była dokładnie taka jakiej się spodziewałam. Jego oczy się rozszerzyły i otworzył usta zaskoczony. Sekundę później przytulił mnie do siebie.

– Muszę zrobić test! To jeszcze nic pewnego! Mogło mi się coś poprzesuwać przez podróż i zmianę klimatu – powiedziałam, studząc lekko jego nadzieję i swoją również.

Minął dopiero drugi miesiąc od momentu kiedy Wojtek wyrzucił moje tabletki. Nie sądziłam, że tak szybko może nam się udać. Nie mogłam jednak powstrzymać radości i nadziei, która powoli wzrastała w moim sercu. Pobiegliśmy do apteki trzymając się za ręce. Wojtek trzęsącymi się dłońmi odbierał test ciążowy. Rozpierała mnie duma, gdy widziałam jak bardzo się przejął. Gdy tylko wróciliśmy do hotelu odebrałam od niego pudełeczko i przytuliłam go mocno. Wyczuwałam, jak lekko drży na całym ciele.

– Kochanie to może być fałszywy alarm! Jeśli się nie udało nie bądź rozczarowany – poprosiłam go cicho.

– Martwisz się, że mogłabyś mnie rozczarować? – spytał głaszcząc mnie delikatnie po plecach?

Kiwnęłam głową, przygryzając wargę. Jego reakcja mnie przytłoczyła. Miał rację nie chciałam go zawieść, choć zdawałam sobie sprawę, że nie miałam większego wpływu na to kiedy zajdę w ciążę. Chciałam jednak spełnić jego życzenie, i swoje własne, bo ja również tego pragnęłam.

– Kochanie jak mógłbym być rozczarowany? Nie chcę wywierać na tobie żadnej presji. Ja po prostu… cieszę się, że może jednak się udało. Jeśli tak nie będzie to nic się nie stanie. Mamy czas! – powiedział i pocałował mnie delikatnie w usta. – A teraz, przekonajmy się jaka jest prawda.

Nie odstępował mnie na krok, wlazł za mną nawet do łazienki. Patrzył, jak zdenerwowana rozrywam opakowanie i wyjmuję test.

– Musisz wyjść! – powiedziałam w końcu patrząc na niego wymownie.

Przewrócił oczami i uniósł ręce w geście poddania się. Niechętnie wyszedł zostawiając mnie w końcu samą. Denerwowałam się bardzo.

– No i jak? – usłyszałam zza drzwi jego zniecierpliwiony głos, równo trzydzieści sekund później nim opuścił pomieszczenie.

– Odejdź! – krzyknęłam.

– Ale dlaczego? – jęknął niezadowolony.

– Nie wysikam się, wiedząc, że tam stoisz! – prychnęłam.

Usłyszałam jakieś mamrotanie i jego kroki zmierzające do pokoju. Odetchnęłam z ulgą i przystąpiłam do dzieła. Dwie minuty później już wiedziałam. Wyszłam z łazienki i przeszłam do pokoju. Wojtek nerwowo przechadzał się tam i z powrotem, przeczesując ręką rozpuszczone włosy. Gdy tylko mnie zobaczył przemierzył pokój w dwóch susach i stanął tuż przede mną?

– No i? – spytał zniecierpliwiony. Głos miał jakoś dziwnie piskliwy.

Podałam mu test nic nie mówiąc. Ze wszystkich sił starałam się zachować obojętny wyraz twarzy, mimo, że wewnątrz cała dygotałam. Złapał zachłannie test w obie dłonie i spojrzał na niego. Widziałam, jak marszczy brwi przyglądając się wynikowi.

– Dwie kreski! Co to znaczy? – spytał w końcu sfrustrowany.

Dopiero wtedy uśmiechnęłam się zadowolona.

– Będziesz tatusiem! Jestem w ciąży!


– Kocham cię! – krzyknął i łapiąc moją twarz w obie dłonie pocałował mnie mocno i zachłannie.

*************************************************
No i? Jak Wam się podobają wspomnienia?
Wszystkich stęsknionych za Tomsonem zapraszam za tydzień ;-) no i znów spoiler ups...
Tomasz dzięki jeszcze raz wiesz za co :-D

piątek, 28 października 2016

II#5

Gdy tylko drzwi się uchyliły, zobaczyłam znajomą sylwetkę. Nogi się pode mną ugięły, ale jednocześnie zalała mnie fala złości której nijak nie mogłam powstrzymać. Wyrzuciłam przed siebie pięści i rzucając się w jego kierunku wrzasnęłam:

– Ty skurwysynu!

Jacek jednak uchylił się od mojego ciosu, co zaskutkowało tym, że z impetem wpadłam na stojącego za nim „kuriera”. Nim zorientowałam się co się dzieje, wykręcił mi boleśnie rękę na plecy. Adrenalina dodawała mi sił, wiłam się, kopałam i rzucałam bluzgami w kierunku moich oprawców. Z niemałym wysiłkiem jednak udało im się zakuć mnie w kajdanki i przypiąć je do ramy łóżka. Unieruchomiona miotałam się nadal jak szalona.

– Ciszę się, że pomimo tak długiej rozłąki nadal darzysz mnie tyloma uczuciami – odezwał się w końcu Jacek.

– Natychmiast mnie wypuść. Póki jeszcze nie jest za późno! Wypuść mnie! Słyszysz! – darłam się.

– Cóż, bardzo bym chciał, ale niestety nie mogę – powiedział bezradnie rozkładając ręce.

– Czego chcesz? Pieniędzy? – wysyczałam wściekle.

Jacek ku mojemu zdziwieniu roześmiał się i pokręcił głową.

– Kochanie, nie potrzebuję twoich pieniędzy. Mam dużo więcej własnych.

– To czego chcesz? – krzyknęłam, szarpiąc się nadal.

– Ciebie, cukiereczku! Chodzi mi tylko i wyłącznie o ciebie.

– Nie rozumiem. – Pokręciłam głową coraz bardziej zbita z tropu.

– Miałaś długą podróż, na pewno jesteś zmęczona i głodna. Zjedz coś, odpocznij a potem porozmawiamy – powiedział i przejechał kciukiem po moim policzku.

– Nie dotykaj mnie – syknęłam, odsuwając się od niego jak najdalej.

W głowie mi się nie mieściło to co właśnie zaszło. Nim się zorientowałam „kurier” wniósł do pomieszczenia jakąś tacę z jedzeniem i położył ją na łóżku. Po czym obydwoje skierowali się do wyjścia.

– Nie zostawiaj mnie tu! Nie możesz mnie zamykać! Wypuść mnie! – krzyczałam.

Wyszli i zamknęli za sobą drzwi, zostawiając mnie samą w totalnej rozsypce. Nie wiem jak długo jeszcze krzyczałam i błagałam aby mnie wypuścili. Nadaremno.

Nie zmrużyłam oka przez całą noc. Jeśli rzeczywiście minęła, bo bez okien nie zdawałam sobie sprawy z pory dnia. Nie tknęłam również jedzenia. Z wściekłością kopnęłam w tacę zrzucając ją na podłogę. Próbowałam przeanalizować całą sytuację na chłodno, ale nie potrafiłam. Z wściekłości dygotałam na całym ciele. Jak on mógł? Dlaczego to zrobił? Unieruchomione w kajdankach nadgarstki, zaczęły boleśnie piec i krwawić przy kolejnej już próbie uwolnienia się. Nic nie skutkowało. Po kilku godzinach w końcu dałam sobie spokój. Pozostało mi jedynie siedzieć i czekać. Koszmar!

W końcu usłyszałam kroki za drzwiami i chrzęst w zamku. Zza drzwi wyjrzała uśmiechnięta twarz Jacka. Poczułam, że zbiera mi się na wymioty na jego widok.

– Cukiereczku, dlaczego nic nie zjadłaś? – spytał gdy przekroczył tacę, która wylądowała na środku pokoju.

– Nie byłam głodna – odparłam zimno, przeszywając go morderczym spojrzeniem.

– Uparta, jak zwykle – przewrócił oczami. – Zgłodniejesz to zjesz. – Zachichotał.

Poczułam się jakbym była we śnie. Tak, to musiał być sen. To przecież nie możliwe, że zostałam porwana przez tego świra i on teraz przy mnie chichocze jak gdyby nic się nie stało!

– Wypuść mnie! – zażądałam.

– Nie mogę! Potrzebuję cię.

– Do czego? – spytałam.

– Jesteś mi potrzebna. Teraz na pewno tego nie rozumiesz, ale z czasem zrozumiesz. Taka miłość, która nas połączyła nigdy nie umiera. Jestem pewny, że potrafisz odkopać w sobie dawne uczucia względem mnie.

Otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia. To nie mogła być prawda! Przesłyszałam się!

– O czym ty do cholery mówisz? Człowieku, mam męża i dziecko! Porwałeś mnie! I śmiesz mi tu mówić, że żywię względem ciebie jakieś uczucia?

– Mówiłem, że teraz tego nie zrozumiesz. Ale mamy czas. – Uśmiechnął się niezrażony.

Dopiero w tym momencie do mnie dotarło, że on był kompletnie szalony. Zachowywał się dziwacznie i przerażało mnie to co mówił. To nie był człowiek, którego kiedyś znałam. To była tylko jego powłoka, był już kimś zupełnie innym. Zdawałam sobie sprawę, że potrafi być niebezpieczny. Przez te lata kiedy nie miałam z nim kontaktu najwyraźniej kompletnie postradał zmysły.

– Nie to ty nie rozumiesz! Porwałeś mnie i przetrzymujesz mnie tutaj wbrew mojej woli. Wypuść mnie dobrowolnie to nie wniosę oskarżenia!

– To był jedyny sposób, abyś mnie wysłuchała. Musisz to zrobić i musisz zrozumieć. W końcu obiecałaś mi kiedyś, że za mnie wyjdziesz. Pamiętasz to jeszcze? Byliśmy tacy szczęśliwi. Brakuje mi tego. Żadna inna kobieta nie może się z tobą równać. Wiem, że w przeszłości zawaliłem sprawę. Gdybyśmy byli wtedy małżeństwem zapewne nie uciekłabyś i nie zostawiłabyś mnie samego. Ty stchórzyłaś, ja nawaliłem, ale teraz czas to naprawić.

Oddech mi przyspieszył, nie wierzyłam własnym uszom.

– Jesteś szalony! Kompletnie szalony! Nie ma już czego naprawiać! Kocham kogoś innego, mam z nim dziecko. Chcę wrócić do domu! – łkałam spazmatycznie.

– Od teraz to jest twój dom! – powiedział stanowczo. Wyraz jego oczu zmienił się. Widziałam czyste szaleństwo i przeraziłam się.

– Dlaczego? Dlaczego teraz? Dlaczego ja? – płakałam.

– Przez cały ten czas nie zapomniałem o tobie. Obserwowałem cię z boku. Czekałem na odpowiedni moment. Gdy wróciłaś do Anglii sytuacja była wymarzona, niestety jednak komplikacje w interesach zmusiły mnie do wyjazdu. Po moim powrocie ty byłaś już zamężna i z dzieckiem. Zdziwiłem się tym tempem i uznałem, że nie ma na co dłużej czekać. Teraz należysz do mnie. – Sposób w jaki to powiedział sprawił, że po kręgosłupie przeszły mnie ciarki.

– On będzie mnie szukał! Znajdzie mnie! – wychrypiałam u kresu wytrzymałości.

– Nie znajdzie! W końcu ty sama odeszłaś. Policja nawet nie rozpocznie śledztwa. Mój człowiek pozacierał wszystkie ślady. O wszystkim pomyślałem – powiedział pewny siebie, zabijając we mnie nadzieję. – Nawet jeśli teraz mnie nienawidzisz, to zmienisz zdanie. Będziesz tu siedzieć tak długo, aż zmądrzejesz – dodał czochrając mnie po głowie z radosnym uśmiechem.

– Jesteś obłąkany! Wypuść mnie! Chcę do domu! – łkałam niczym małe dziecko.

– Tak oszalałem z miłości do ciebie. – Zaśmiał się szyderczo. Po czym nachylił się w moim kierunku i rozpiął kajdanki.

Gdy tyko rozmasowałam obolałe nadgarstki powiedział całkiem poważnie:

– Zacznij się przyzwyczajać, już nigdy go nie zobaczysz. Jego ani twojego dziecka.

Rzuciłam się na niego z krzykiem.

– Nie! – wrzasnęłam. – Nie rób mi tego!

Odepchnął mnie jednak stanowczo. Uderzyłam plecami o ścianę. Nim się podniosłam już go nie było.

Dni mijały a moja sytuacja nie ulegała żadnej zmianie. Przy każdej wizycie Jacka, na zmianę to go błagałam to żądałam by mnie wypuścił. Próbowałam siłą, jednak za każdym razem moje próby kończyły się tragicznie. Pobił mnie kilkakrotnie. Po każdym moim wyskoku częstotliwość wizyt spadała. Jakby dawał mi czas abym przemyślała sprawę. Głodził mnie i nie wypuszczał z pomieszczenia. Próbował złamać moją wolę, jednak ja jedyne o czym myślałam, to ucieczka. Stawałam się coraz bardziej zdeterminowana. Nienawidziłam go! Powtarzałam mu to przy każdej wizycie. Czas uciekał, dni zamieniały się w miesiące. W końcu zrozumiałam, że muszę zmienić strategię. Traciłam zdrowie i cenny czas na kłótnie. Postanowiłam więc dać mu to czego pragnął. Zmieniłam zupełnie front. Pewnego dnia podczas jego wizyty, przywitałam go uśmiechem a nie jak zwykle stekiem bluzgów. Pomysł się sprawdził. Był na tyle szalony, że nie zauważył iż mój nadmierny entuzjazm jest wymuszony. Nie był jednak na tyle głupi aby od razu mi zaufać. Przez kilka tygodni utrzymywałam go w zapewnieniu, że przemyślałam sprawę i chcę rozpocząć z nim nowe życie od początku. Siliłam się na miłe słówka i gesty jednocześnie umierając w środku z obrzydzenia do niego i samej siebie. W reszcie któregoś dnia pozwolił mi wyjść z mojego więzienia. Starałam się pohamować mój entuzjazm, ale wizja wolności wlewała się do mojej głowy strumieniami. Ledwo panowałam nad sobą gdy prowadził mnie schodami na górę. Okazało się, że pomieszczenie w którym mnie przetrzymywał znajdowało się w piwnicy. Zdobyłam jego zaufanie i oprócz tego, że trzymał mnie za rękę nie byłam niczym skrępowana. Zachłannie rozglądałam się po pomieszczeniach, mrużąc oczy od słońca tak dawno nie widzianego. W domu przebywało sporo ludzi ku mojemu niezadowoleniu. Jacek wydawał im polecenia, najwyraźniej był ich szefem. Interes narkotykowy musiał kwitnąć, bo nie widziałam innego wytłumaczenia. Jak zdążyłam zauważyć, budynek urządzony z przepychem stał w środku lasu. Dokoła znajdował się wypielęgnowany ogród, tuż za płotem zielenił się stary las. W pobliżu żadnego innego domostwa w którym mogłabym znaleźć ratunek. Mój mózg kalkulował jak szalony, zapamiętując każdy szczegół. Jacek oprowadził mnie po wszystkich pomieszczeniach, zadowolony z moich pochwał wystroju i dekoracji. Nie odstępował mnie jednak na krok. Po oględzinach usiedliśmy w salonie na parterze, skąd rozpościerał się widok na patio i ogród oraz jedyną drogę prowadzącą do domu. Drogę do wolności! Nie mogłam odwrócić od niej wzroku. Byłam tak blisko, a jednocześnie nie mogłam zrobić niczego, bo Jacek trzymał swoje łapsko na moim ramieniu. Obliczałam w myślach ile zajęłoby mi dobiegnięcie do płotu i zniknięcie w lesie. Tam miałabym większą przewagę niż na otwartej przestrzeni.

– Napiłabym się drinka – powiedziałam w nadziei, że zostawi mnie choć na chwilę samą.

Jednak ku mojej rozpaczy Jacek otworzył barek znajdujący się w salonie. Napełnił czymś kieliszek i podał mi. Upiłam mały łyk i uśmiechnęłam się. Nagle odezwał się jego telefon. Wyciągnął go z tylnej kieszeni spodni i odebrał połączenie jednocześnie wstając. Zaczął z kimś rozmawiać i odwrócił się tyłem do mnie. To mi wystarczyło. Zadziałałam instynktownie i rzuciłam się do ucieczki. Byłam z piętnaście metrów za domem, gdy usłyszałam wściekły krzyk Jacka:

– Gońcie ją kurwa!

Zdałam sobie sprawę, że źle oszacowałam odległość. Byłam zbyt daleko od płotu a za mną gnało pięciu mężczyzn. Może gdybym była u szczytu formy, dałabym radę. Jednak czas w zamknięciu, brak treningów i niedożywienie od razu dały o sobie znać. Po dwu minutowym sprincie moje płuca paliły żywcem i błagały o litość. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa, ale mimo to nie zatrzymałam się. Biegłam przed siebie zdając sobie sprawę, że to bieg o moje życie i wolność.

Za plecami słyszałam zasapane oddechy, które zbliżały się stanowczo zbyt szybko. W końcu jeden mnie dopadł, wpadając na mnie z impetem. Rozpłaszczył mnie na ziemi unieruchamiając mi ręce na plecach. Szamotałam się bezskutecznie. Gdy przybiegli pozostali, zauważyłam wśród nich Jacka. Złapał mnie za włosy i uniósł do góry. Uderzył mnie pięścią w twarz. Z nosa polała mi się krew, mimo to spojrzałam na niego wyzywająco.

– Pożałujesz tego, dziwko! – wysyczał, grożąc mi.

– Już nic więcej nie możesz mi zrobić. Odebrałeś mi moje życie. Już jestem martwa! – odpowiedziałam spokojnie patrząc w jego przepełnione jadem oczy.

– Do piwnicy! – rzucił w kierunku swoich goryli i nie spoglądając więcej na mnie, ruszył w kierunku domu.


Szamotałam się jak szalona, próbując utrudnić doprowadzenie mnie do piwnicy. Stawianie oporu skończyło się na tym, że zrzucili mnie ze schodów, po czym ledwo przytomną wtaszczyli do znienawidzonego pokoju, zamykając go na głucho.

************************************************************************

No i co dalej? Potrzymam Was jeszcze w niepewności, bo znów osłabliście w komentarzach.... :-(

piątek, 21 października 2016

II#4


Julia


– Nieeeeeeeeeeeeeeeee. – Z koszmaru wyrwał mnie mój własny krzyk. Usiadłam na łóżku i schowałam głowę między nogi, ciężko oddychając. Całe moje ciało lśniło od potu i dygotało, jak w gorączce. Chciałabym aby ten sen odszedł w niepamięć, aby nie budził mnie co noc. Jednak wiedziałam, że gdy tylko się niego obudzę powrócę do niego już nie na jawie a w realnej rzeczywistości. Mój koszmar trwał już tak długo. Ponad trzy lata w zamknięciu bez kontaktu ze światem. Bez kontaktu z Wojtkiem i moją córką. Na samo ich wspomnienie poczułam łzy na policzku. Tak bardzo tęskniłam. Uczucie to doskwierało mi w najgłębszych zakamarkach umysłu i ciała. Nie było sekundy w której bym o nich zapomniała. Wystarczyło abym zamknęła oczy i widziałam roześmianą twarz Wojtka. Majeczka, moja mała córeczka którą ledwo co zdążyłam poznać. Czułam fizyczny ból z powodu tego, że mnie przy nich nie ma. Nie chciałam myśleć, że upłynęło już tyle czasu. Wolałam zagłębiać się we wspomnieniach tego co było, niż wyobrażać sobie to co jest teraz. Moje teraz oznaczało pokój, bez żadnych okien, z łóżkiem i szafą pełną niepotrzebnych mi ubrań. Oprócz tego miałam dostęp do łazienki z prysznicem. I to było wszystko. Cały mój świat zamknięty w tej małej, przygnębiającej przestrzeni. Mój koszmar nawet w czasie snu nie pozwalał mi się odprężyć, przypominając o wszystkim. Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie. Pewnego dnia, jak zwykle wracałam ze spaceru z Majeczką. Cieszyłam się, jak głupia, bo w ten dzień miał wrócić Wojtek. Ciężko było mi się z nim rozstawać, ale oboje zgadzaliśmy się, że nasza córeczka jest jeszcze zbyt mała na męczące podróże. Ledwo wepchnęłam wózek do przedpokoju, usłyszałam pukanie do drzwi. Gdy otworzyłam na progu stał mężczyzna, ubrany w uniform firmy kurierskiej. W ręku trzymał jakąś niewielką przesyłkę. Uśmiechnął się przyjaźnie i zapytał:

– Mam paczkę dla Pani Julii Łozowskiej.

– Od kogo? Nic nie zamawiałam – powiedziałam marszcząc brwi.

Mężczyzna zerknął na przesyłkę i rzucił:

– Nadawcą jest Wojtek Łozowski. Przyjmuje pani?

Nic nie rozumiejąc, skinęłam głową. Nie mówił mi o przesyłce, pomyślałam, że to musi być jakaś niespodzianka. Kurier podał mi listę przewozową abym pokwitowała odbiór. Długopis jednak nie pisał. Mruknęłam, że poszukam innego. Odwróciłam się plecami i zrobiłam dwa kroki w głąb mieszkania. Wtedy nagle usłyszałam, jak drzwi zamykają się z lekkim hukiem. Nim zdążyłam się odwrócić, mężczyzna znalazł się tuż za mną. Zatkał mi usta swoją ręką i szepnął w kierunku ucha.

– Nie waż się pisnąć ani słówkiem, a wszystko dobrze się skończy.

Gwałtowny wyrzut adrenaliny w moje żyły sprawił, że zaczęłam szamotać się próbując mu się wyrwać. Panika ogarnęła moje ciało. Wbiłam paznokcie w jego dłonie i zaczęłam wierzgać nogami. Był jednak zdecydowanie silniejszy, wzmocnił uścisk i podstawił mi pod nos pistolet. Poczułam się jakbym znowu miała piętnaście lat. Jakbym znów znalazła się w tej śmierdzącej bramie. Historia zatoczyła wielkie koło i oto znów tuż za moimi plecami czaiło się zło, gotowe mnie skrzywdzić.

– Uspokój się albo będę zmuszony tego użyć. Chyba nie chcesz aby coś stało się twojej córce? – powiedział groźnie.

Przez moje ciało przetoczyła się fala zimna, powodując gęsią skórkę. Maja! On chciał skrzywdzić moje dziecko. Nie mogłam do tego dopuścić. Ciężko oddychając i łykając łzy w końcu przestałam się szarpać. Sparaliżował mnie strach. Nie wiedziałam jakie ma zamiary, ale z dwojga złego wolałam, żeby skupił się na mnie niż na Mai, która nieświadoma niczego spała smacznie w wózku. Byłam przerażona, ale jednocześnie zdeterminowana, aby wyjść z tego żywą.

– Grzeczna dziewczynka! – pochwalił mnie. – Teraz cię puszczę. Ale pamiętaj jeśli spróbujesz ze mną pogrywać, ucierpi ta mała istotka. Więc ani słowa! Zrozumiałaś?

Kiwnęłam głową w potwierdzeniu. Zwolnił uścisk wypuszczając mnie z objęć, ale natychmiast poczułam na swoich plecach lufę pistoletu.

– Do sypialni! – nakazał głosem nieznoszącym sprzeciwu.

Po głowie latało mi tysiące myśli. Zastanawiałam się kim on był i dlaczego to robił? Przede wszystkim jednak interesowało mnie co dalej? Strach prawie odbierał mi zdolność oddechu. Modliłam się w duchu aby Wojtek wrócił wcześniej, a jednocześnie tego nie chciałam, bo bałam się, że coś może mu się stać. Gdy dotarliśmy do sypialni, niespodziewanie warknął, popychając mnie mocno w kierunku garderoby:

– Pakuj się! Masz dwie minuty!

Zaskoczyły mnie jego słowa. Po co miałam się pakować? Sądziłam, że kazał mi iść do sypialni, bo chciał… Najwyraźniej jednak miał inne zamiary. W przypływie strachu i adrenaliny wszystkie moje zmysły wyostrzyły się i w sekundę zdałam sobie sprawę z powagi sytuacji. Chciał mnie porwać! Tylko jeśli chodziło mu o okup, po co kazał zabierać mi rzeczy? Nie miało to najmniejszego sensu.

– Jeśli chodzi o pieniądze… – wyszeptałam najciszej jak mogłam.

– Miałaś siedzieć cicho! – wysyczał. – Nie, nie chodzi o pieniądze! Pakuj się została ci minuta! – ostrzegał.

Moje ciało było całe odrętwiałe. Ledwo się poruszałam. Sytuacja wydawała się być beznadziejna i patowa. Skoro nie chodziło o pieniądze to o co? Jedyne co przychodziło mi do głowy, a jednocześnie przerażało mnie jeszcze bardziej to to, że on porywając mnie chciał aby wyglądało to, że opuściłam dom dobrowolnie. Gdy ta myśl pojawiła mi się w głowie, zaczęłam płakać. Byłam na granicy wytrzymałości i czułam, że za chwilę rozkleję się jeszcze bardziej. Jeśli miałam rację to moim jedynym ratunkiem było pozostawienie Wojtkowi jakiejś wiadomości. Tylko co mogłam zrobić, gdy miałam nad karkiem pistolet i obserwującego mnie non stop porywacza? Zebrałam się do kupy i zaczęłam powoli upychać swoje rzeczy w torbie. Ominęłam te które wisiały na wieszakach, moje ulubione. Spakowałam za to ubrania upchnięte w najdalsze kąty garderoby. Miałam nadzieję, że Wojtek zauważy i zrozumie. Poza tym upuściłam i zostawiłam na podłodze kilka koszulek. Opuszczając pomieszczenie rzuciłam na nie okiem i uznałam, że panuje tam wystarczający bałagan. Mój wewnętrzny pedantyzm nigdy nie pozwoliłby mi zostawić ubrań na podłodze. Wojtek doskonale o tym wiedział. Na moje szczęście facet z pistoletem nie był tego świadomy. Gdy tylko zamknęłam walizkę, kazał mi wrócić do kuchni.

– Gdzie masz telefon? – spytał.

 W torebce – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Jednocześnie dyskretnie spojrzałam na zegarek. Do powrotu Wojtka została niecała godzina.

Mój oprawca cały czas trzymając pistolet wyciągnięty w moją stronę, odnalazł moją torebkę i wyciągnął z niej telefon, kładąc go na blacie, z dala od zasięgu moich rąk. Łapczywie wpatrywałam się w ekranik na którym wyświetlała się wiadomość od Wojtka.

– Wyciągnij z niej wszystko i pokaż mi – zażądał oddając mi torebkę.

Drżącymi dłońmi, zrobiłam co kazał. Nie było tego wiele. Portfel, klucze, notatnik, paczka chusteczek i długopis. Kazał mi wyrwać kartkę z notatnika. Gdy to zrobiłam, z szyderczym uśmiechem powiedział:

– A teraz napisz tam: odchodzę, nie szukaj mnie.

Spojrzałam na niego zaskoczona. Oczy natychmiast wypełniły mi się świeżymi łzami. Spodziewałam się tego, jednak nijak nie byłam w stanie tego napisać. Ręka tak mi drżała, że nie mogłam utrzymać w niej długopisu.

– Proszę, nie – wyszeptałam błagalnie.

– Rób co mówię, w przeciwnym razie zabiorę małą zamiast ciebie i już nigdy jej nie zobaczysz – zagroził.

Spojrzałam oczami pełnymi łez na wózek. Poczułam ulgę, że chodzi mu tylko o mnie. Ulgę i jednocześnie panikę, że będę musiała ją zostawić. Tu będzie bezpieczna, pomyślałam. Jak najdalej od tego człowieka. Bezgłośnie szlochając, drżącą ręką napisałam na kartce te przerażające słowa. Błagałam w myślach Boga i wszystkich świętych, aby tylko Wojtek w nie nie uwierzył. Przecież wie, że bym go nie zostawiła – przekonywałam sama siebie, próbując pozbierać się do kupy. W końcu to był dopiero początek, musiałam być skoncentrowana, gdyby nadarzyła się okazja na ucieczkę.

Porywacz okazując wspaniałomyślność, pozwolił mi odłożyć Maję do łóżeczka. Oczywiście ułożyłam ją zupełnie na odwrót niż robiłam to dotychczas, dający tym samym Wojtkowi kolejny sygnał, że coś jest nie tak. Żegnając się z nią serce omal mi nie pękło. Byłam gotowa rzucić się z pazurami na mojego oprawcę, wyzywać go i tłuc, aż przestanie oddychać za to, że odbierał mi mój największy skarb. Jednocześnie byłam świadoma, że mój opór skończyłby się szybko i prawdopodobnie źle.

Gdy wychodziliśmy z mieszkania, kurier kazał mi zamknąć drzwi i natychmiast odebrał klucze. Telefon oczywiście został w mieszkaniu. Położył go na mojej pożegnalnej kartce. Serce mi się kurczyło z żalu i strachu, na myśl co też Wojtek sobie pomyśli gdy wróci. Martwiłam się czy mała się nie obudzi i nie zacznie płakać. Wszystko to mieszało mi się w głowie tworząc koktajl, którego wypicie było ponad moje siły.

Moją jedyną nadzieją, na inny obrót sprawy była wyprawa do samochodu. Zachodziłam w głowę jak zamierza mnie wywieść niepostrzeżenie? Budynek był monitorowany i było duże prawdopodobieństwo, że możemy kogoś spotkać na drodze z windy. Ku mojej rozpaczy jednak tak się nie stało. Kurier maszerując tuż obok, wpychał mi lufę pistoletu w żebra, skutecznie motywując mnie abym szła we wskazanym kierunku. Wpatrywałam się ukradkiem w mijane po drodze kamery monitoringu. Żadna nie drgnęła o milimetr ku mojej rozpaczy. Najwyraźniej system nie działał, co znaczyło, że była to zaplanowana akcja. Cała nadzieja zgasła, gdy otworzył tył ciężarówki i wepchnął mnie do środka. Ostatnią rzeczą którą zapamiętałam był zapach chloroformu, który przystawił mi pod nos, skutecznie mnie tym usypiając.

Ocknęłam się dziwnie otępiała. Chwilę trwało nim dotarło do mnie w jakiej sytuacji się znalazłam. Szybko rozejrzałam się po pomieszczeniu. Leżałam na łóżku z którego zeskoczyłam i dopadłam szafy. Leżały w niej moje ubrania. Na podłodze rozpościerał się dywan, który nijak nie pasował do szarych ścian. Z pokoju przechodziło się do łazienki, gdzie znajdowała się kabina prysznicowa, toaleta i umywalka. Brak lustra i jakichkolwiek okien, jak i również niczego co mogło by mi pomóc w ucieczce czy samoobronie. Dopadłam jedynych drzwi i szarpnęłam za nie. Oczywiście były zamknięte, czego należało się spodziewać. W przypływie desperacji zaczęłam je szarpać i wydzierać się wzywając pomocy. Moje krzyki jednak nie dawały żadnych rezultatów. Oprócz echa mojego głosu i przyspieszonego bicia serca nie słyszałam żadnych dźwięków. W końcu zrezygnowana odpuściłam. Zaczęłam przemieszczać się po pomieszczeniu tam i z powrotem. Niepewność mnie dobijała. Strach i obawa co dalej były przytłaczające. Kto i dlaczego to zrobił?

Gdy spałam zabrano mi zegarek, nie wiedziałam więc ile czasu minęło od wyjścia z domu. Nie wiedziałam jak długo jechaliśmy i gdzie byłam. Miałam miliony pytań w głowie. Zastanawiałam się czy Wojtek już wrócił i wszczął alarm. Może już mnie szukali? Rozmyślenia przerwały mi jakieś dźwięki za drzwiami. Dopadłam do nich i chciwie przyłożyłam ucho, chcąc usłyszeć jak najwięcej. Rozpoznałam odgłos kroków. Ktoś szedł po schodach. Dźwięki zbliżały się by w końcu ustać tuż przed drzwiami. Usłyszałam chrzęst wkładanego do zamka klucza. Odskoczyłam od drzwi i wpatrywałam się w nie jak zahipnotyzowana. Kto był po drugiej stronie? Co mnie czekało? Byłam tak wściekle nabuzowana, że zapomniałam kompletnie o strachu. Zacisnęłam dłonie w pięści i czekałam.

Gdy tylko drzwi się uchyliły, zobaczyłam znajomą sylwetkę. Nogi się pode mną ugięły, ale jednocześnie zalała mnie fala złości której nijak nie mogłam powstrzymać. Wyrzuciłam przed siebie pięści i rzucając się w jego kierunku wrzasnęłam:


– Ty skurwysynu!

***************************************************
No i jak? Już się domyślacie?